- Ot i niespodzianka. - Oficer Patrick wykręcił mu prawą rękę na plecy, zakuł ją i to samo zrobił z lewą. - Chyba gdzieś już to słyszałem.

ona żyje. – Odetchnęła głęboko i wyobraził sobie, że odgarnia włosy z oczu. – Nie wierzę.
większość tego, czego dowiedzieli się od Yolandy i Sebastiana, w tym – nazwę restauracji, w
Gdzie, do cholery, ekipa, która opowie nam o spalonym samochodzie w Marina del Rey?
na patrzenie na własną powolną śmierć. Rozdział 1 Ból rozsadzał jej głowę. Jakby tysiąc koni tratowało mózg. Miała opuchnięty język i nieprzyjemny posmak w ustach. Było coś jeszcze... coś niedobrego, jakieś uczucie przymusu, które przykuło ją do łóżka. Serce biło jak oszalałe, ciało spływało potem, do świadomości docierały niewyraźne obrazy ze snu... Josh... idący kamienną ścieżką w kierunku domu. Szła, krusząc suche liście. Wiatr grzechotał gałęziami dębów i bujał girlandami hiszpańskiego mchu. Gdzieś w pobliżu zaszczekał pies, w powietrzu unosił się zapach dymu papierosowego. Nie powinno cię tu być. Idź stąd, uciekaj! W górę, schodami wiodącymi do murowanego domu, który kiedyś był jej domem. Przez uchylone drzwi strużka światła rozlała się na ganek. Niczym zaproszenie pośród tej ciemnej, parnej nocy. Nie rób tego. Nie wchodź do środka! Caitlyn otworzyła nieco jedno oko. Strasznie chciało jej się pić... wszystko ją bolało. Za dużo alkoholu... Zdecydowanie za dużo. Leżała w swojej sypialni. Pod sufitem obracał się wentylator, a przez firanki przedzierał się świt. Obrazy poprzedniej nocy były niewyraźne, chaotyczne. Wyszła, żeby spotkać się z siostrą... tak, tak, musiała wyjść, żeby się uspokoić. Wczoraj były urodziny Jamie. Dziwne, zdawało jej się, że słyszy fałszujący śpiew gromadki dzieci. Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam... Poczuła ukłucie w sercu. Jej córeczka miałaby teraz pięć lat. Gdyby żyła. Serce jej się ścisnęło, znów zamknęła oczy. Jamie. Kochane, kochane dziecko. Odeszła, gdy miała zaledwie trzy lata - maleństwo o twarzy cherubinka. O Boże, Caitlyn tak bardzo tęskniła za swoim dzieckiem. Tak bardzo, że czasami wydawało jej się, że nie potrafi dalej żyć. Teraz, leżąc w łóżku, wróciwszy do rzeczywistości, poczuła znajomy ból po stracie; głęboki, raniący duszę. To twoja wina, Caitlyn. Gdybyś była lepszą matką, nigdy by do tego nie doszło. W głowie huczały jej oskarżenia Josha; złe, toksyczne słowa budzące w niej wyrzuty sumienia. Gdyby niczego nie zaniedbała, gdyby bardziej się postarała, może uratowałaby córkę. Nawet o tym nie myśl. Nie słuchaj go, na litość boską. Nie wierz w to, co mówi! Pamiętaj, zrobiłaś wszystko, żeby ją uratować. Powoli wypuściła powietrze i znów wzięła głęboki wdech, pamiętając, co doktor Wade mówiła o uwalnianiu negatywnej energii, odnajdywaniu siebie i nowego celu w życiu. Stopniowo rozpacz ustępowała, pozostały tylko żal i potworny ból głowy. O matko, ból rozsadzał czaszkę. Rzeczywiście musiała za dużo wypić. Kolejny obraz przemknął jej przed oczami. Josh w swoim gabinecie. Leżał rozciągnięty na biurku, z głową przekrzywioną w stronę drzwi. Z nadgarstków płynęła krew, plamiąc dywan. Otwarte usta, blada skóra, oczy nieruchomo wpatrzone w nią. Nagle usiadła na łóżku. Boże, co to za sen? Serce waliło jej w piersi. Obrazy z sennego koszmaru przesuwały się i znikały. - O Boże, Boże, Boże! Spokojnie, Caitlyn. Oddychaj głęboko. To tylko sen. Nie denerwuj się!
Przerażona do granic obłędu wcisnęła gaz do dechy.
tuż przed urodzinami. To oznacza staranne planowanie.
– Dobrze się czujesz?
wodą już płonęły neony wesołego miasteczka. Górska kolejka wzbijała się w niebo, górowała
szybą.
– Żebyś miała o czym myśleć – mówię.
Nowy rys, pomyślał Montoya. Do baru podeszła zdenerwowana kelnerka i wyrecytowała
Jonas odchylił się w krześle. Martinez przysiadła na rogu biurka. Czekali na telefon
– Nie to miałem na myśli. A ty nie jesteś kaleką. Już nie!
nieważne. Już nie. Przed laty bardzo go zranili tym romansem. Za drugim razem bolało już

- Dlaczego głupio? - mruknął Santos. - Niepotrzebnie się obwiniasz. Nie łudź się, gdyby żył twój ojciec, także musiałby dokonywać zmian, nadążać za czasem.

Jego przyrodni brat, ksiądz James McLaren, był przystojnym mężczyzną – niewinny
Valdez w policyjnej bazie danych w okręgu Los Angeles, poszperałem głębiej i rzeczywiście
ich tablice rejestracyjne na parkingu i w uliczce przed starym zajazdem. W sumie było ich

Chcąc pokrzyżować jej plany, O1ivia musi pozbawić ją najwyższej nagrody – zemsty nad

Clemency podążała za nim w milczeniu. Gdy zbliżyli się do wioski, dostrzegli plac wypełniony tancerzami. Kilkaset rozbawionych osób tańczyło, śpiewało i popijało rozmaite trunki.
R S
- Czy powiesz mi, o co chodzi? Dlaczego zmieniłaś zdanie?

drugą wybierał numer.

Ruszyła przed siebie, Santos jechał obok.
- Umarł ponad rok temu, a wdowa po nim przepro¬wadziła się.
wrażenia.