Nagle zauważyła bose stopy Marka i na jej twarzy odbił się wyraz absolutnej zgrozy.

Nie w smak jej było zostać przez pół dnia z panną Fabian i Baverstockami, ale postanowiła nie wchodzić im w drogę. Dziwiło ją jedno. Nie mogła nie zauważyć, że panna Baverstock zaprzestała pogoni za markizem. Co to ma oznaczać? Czy znudziła się nim - nie, to absurdalny pomysł - a może jest już tak pewna swego, że nie obawia się sprawiać wrażenie obojętnej?
Gdy Camryn przyszła powiedzieć, że przyjęcie dobiegło
- Nie! - zawołał stanowczo.
samotności.
Liścik podpisano po prostu: Helena Candover.
obitych skórą fotelach.
dlatego, Ŝe on zadał jej to pytanie. Nabrała powietrza w płuca, czując wzbierającą w nim
- Trzeba to przemyć - powiedział głosem dziwnie wzburzonym. - Pani Marlow powinna mieć coś na skaleczenia.
- Wiem, że to głupie - odparła Clemency, a potem zwróciła się do służącej: - Dzień dobry. Bessy.
mówiłam, mam w zwyczaju oddzielać życie zawodowe od osobistego.
Spojrzała mu w oczy, nie kryjąc złych zamiarów.
Oriana stłumiła ziewnięcie i odparła, że raczej nie. Jej zdaniem markizowi nie należało się nawet minimum grzecz¬ności, skoro postanowił tak samolubnie sprzedać ojco¬wiznę.
- Pięćset funtów? To dużo pieniędzy.
- Niech ci nie będzie głupio. Mnie nie jest.

- Mimo to powinnam trzymać język za zębami. Wiem, gadam bez ładu i składu, ale... - Niespodziewanie w oczach pani Burchett zakręciły się łzy. - Ale widzi pani,

- Nie wymądrzaj się - skarciła ją pani Marlow.
- Tak, słyszałem to już kiedyś.
- Ła... ładniutka... takie właśnie lubię - wybełkotał jeden z przyjezdnych elegantów, patrząc Clemency w twarz i obejmując ją ręką.

- Nic o tym nie wiem.

- i pomyślałem, że ty również mogłabyś mieć swoje niezwykłe imię...
- Nie miała żadnych kłopotów. Poślubiła panującego księcia i opływała w takie luksusy, jakich pani nawet nie potrafi sobie wyobrazić.
- Czasami, jeżeli mają szczęście... Chociaż tobie poszczęściło się bardziej niż mnie - dodał ciszej. Sayre zamknęła oczy, żeby nie widzieć jego uśmiechu. - I co takiego strasznego się stało, Sayre? - zapytał miękko. - Poddałaś się instynktowi. Czy to takie okropne? - Dla mnie? Tak. - Musisz sobie wybaczyć to, że okazałaś się człowiekiem. Przez cały dzień targały tobą silne emocje, a ty ani razu nie podniosłaś głosu, nie zapłakałaś ani się nie roześmiałaś. Twoje uczucia nie znalazły żadnego ujścia. Utrzymywałaś kontrolę, tę swoją chłodną, surową postawę, dusząc wewnątrz wszystkie emocje, aż osiągnęły stan wrzenia. Seks był wentylem bezpieczeństwa. Otworzyła oczy. - To, co zdarzyło się zeszłej nocy, było spowodowane gniewem i nie miało nic wspólnego z seksem. Beck skrzywił się lekko i spojrzał na nią z wyrzutem. - Byłem tam przecież, Sayre, pamiętasz? To, co się zdarzyło, to jak najbardziej seks. - Byłam wściekła. Chciałeś mnie obrazić i upokorzyć. - Chyba sama w to nie wierzysz. - Owszem, wierzę. Beck potrząsnął głową. - Gdybyś rzeczywiście tak sądziła, nie byłoby cię tutaj. Miał rację. Jeżeli to nie był seks, to jego bardzo dobra imitacja. Wszystkie sensacje, jakich doświadczała za każdym razem, gdy widziała Becka, miały zabarwienie seksualne. Świadomość jego obecności, nasycona seksem. Uderzenie hormonów do głowy. Nagła potrzeba, aby go objąć, znaleźć się w jego ramionach, nabrzmiała seksem. Pragnienie czysto seksualne, aby doprowadził ją do stanu wrzenia, do kulminacji, która paraliżowała wszelkie myśli. Byłoby cudownie poddać się pragnieniu, wykorzystać tego atrakcyjnego mężczyznę, zatracić się w fizycznych odczuciach. Ale ten mężczyzna był Beckiem Merchantem, najlepszym przyjacielem Chrisa i klakierem Huffa. - Nie mogę tego zrobić, Beck - wyszeptała. - Ja też nie. Z wielu powodów to bardzo zła rzecz. Położył dłonie na jej talii i przyciągnął do siebie. - Mimo to chcę cię mieć w swoich ramionach, dotknąć każdego fragmentu twojego ciała. A potem ją pocałował. Jego usta były ciepłe, język zwinny i Sayre poddała się zupełnie. Jęknęła nawet cicho na znak protestu, gdy Beck się odsunął. Dotknął kostką palca wskazującego rankę na jej dolnej wardze. - Nie za mocno? - Nie. Uśmiechnął się. - A może za słabo? Dotknął wrażliwego miejsca koniuszkiem języka, pocałował je delikatnie, a potem pocałował ją mocno, zachłannie. Jego dłoń przesunęła się z talii ku jej piersi. Gdy palce chwyciły delikatnie sutek, poczuła uderzenie pragnienia, niczym atak potwornego głodu. To było cudowne. Pożą-danie, pragnienie, jakkolwiek to nazwać, było cudowne, kuszące i przerażające zarazem, ponieważ wiedziała, że jeśli nie przerwie tego teraz, popełni kolejny błąd, jeszcze gorszy w skutkach niż ten poprzedniej nocy. - Nie mogę tego z tobą zrobić - powiedziała bez tchu. Zanim Beck miał szansę zareagować, odepchnęła go i pobiegła w stronę wyjścia. Zatrzymała się

został nigdy dostarczony. Młoda dziewczyna nie otrzymała odpowiedzi.

- Na razie nie wrócę do pracy. Zrobię sobie przerwę.
Ciekawe, z którym? Isobelle od dawna nie zawracała so¬bie głowy legalizowaniem swoich związków, może zresztą i dobrze. Gdy rodziła Larę, była zamężna już po raz czwarty... A teraz odstawiła cyrk na pogrzebie młodszej córki, nie powiadamiając o niczym starszej.
Mały Książę był zdumiony. Motyl uznał za kwiat jego szal! Zaskoczony przysunął się do Róży i cicho ją poprosił: